Najnowsze Wpisy

atattatatas Komentarze (1)
18. kwietnia 2009 11:05:00
linkologia.pl spis.pl

1. DZIĘKI ZA POZDROWIENIA I POZDRO DLA WAS

2. DŁUGOŚĆ NOTEK ZOSTAWIAM BEZ KOMENTARZA, GDYŻ MOGŁABYM NA TEN TEMAT POLONIZOWAĆ :)

3. JAK CHYBA JUŻ ZDĄŻYLIŚCIE ZAUWAŻYĆ ZACZYNA SIĘ ROK SZKOLNY. NIE GWARANTUJE, ŻE NOTKI BĘDĄ SIĘ TERAZ UKAZYWAĆ REGULARNIE. WIECIE NAUKA I TE SPRAWY.

Następnego dnia Wendy obudziła się około dwunastej. I choć spała stosunkowo długo nadal czuła zmęczenie. Powoli przypominały jej się wczorajsze zdarzenia. Na samą myśl, że to stworzenie grasuje po zamczysku przechodziły ją ciarki. Przewróciła się na drugi bok i ziewnęła przeciągle. Dałaby wszystko, za kilka godzin snu. Przymknęła powieki z zamiarem zażycia odpoczynku, jednak nie był jej pisany dziś spokój.

   Do pokoju wszedł Henry. Na stole zauważył tacę z nietkniętym śniadaniem. Zmarszczył brwi i podszedł do łóżka córki. Leżała na boku, opatulona w ciepłą kołdrę. Jej czoło oplatał biały bandaż. Miał wrażenie, że jest bledsza niż wczoraj, a jej dłonie nienaturalnie chłodne. Zaniepokojony tym faktem, zaczął ją delikatnie budzić.

- Wendy – mówił łagodnym głosem – Wendy, obudź się.

Jednak dziewczyna nie zareagowała. Poprawił spadającą kołdrę. W oczy rzuciła mu się prawa, zabandażowana ręka córki. Nie zwrócił na nią wcześniej uwagi. Zainteresowany zaczął odwijać biały materiał.

Wendy poczuła na swojej ręce czyjąś ciepłą dłoń. Powoli otworzyła zmęczone oczy. Nad sobą zauważyła ojca. Był czymś tak zajęty, że nie spostrzegł, że go obserwuje.

- Cześć tatoo – ziewnęła przeciągle.

- Witaj kochanie. No nareszcie się obudziłaś. Myślałem już, że zapadłaś w śpiączkę. Nie patrz tak na mnie i takie sytuacje się zdarzają. Jak się dziś czujemy?

Dobrze, aczkolwiek strasznie chce mi się spać – odpowiedziała niepewnie.

Miała nadzieję, że dziadek nie pochwalił się jej nocnym „spacerkiem” dla ojca.

- Hmmm. To zapewne skutek uderzenia. Przez kilka dni możesz odczuwać zmęczenie, mdłości, zawroty i bóle głowy. To normalne po takich urazach. Powinienem ci zrobić tomografie głowy, jednak w zaistniałej sytuacji...

- Och, przestań już tato. Nic mi nie jest.

- Nie wcale. To ja leżałem nieprzytomny dobrych kilkanaście godzin – zaczął ją przedrzeźniać – W każdym razie jutro do szkoły nie idziesz. Musisz nabrać sił.

- Ale tato, ja muszę iść jutro do szkoły.

- Mowy nie ma. Jakby ci się pogorszyło nie wybaczyłbym sobie tego – spoważniał.

- Muszę odnieść dla kolegi ubranie. A poza tym mam komórkę. Jeśli się źle poczuję zadzwonię do ciebie – mężczyzna spojrzał na nią. Widać było, że już prawie go przekonała.

Nic nie musisz. A jak zemdlejesz, to nie zdążysz do mnie zadzwonić – był dumny z siebie, za swoje logiczne myślenie.

- Taatoo! Proszę! – zrobiła błagalną minę.

- No dobra. Niech ci będzie. Jeśli będziesz się jutro dobrze czuć to zobaczymy.

- Dzięki! – krzyknęła i rzuciła mu się na szyję.

- Spokojnie, nic nie gwarantuje – uśmiechnął się do niej, rozbawiony jej zachowaniem. Kto by pomyślał, by uczeń z własnej woli walczył o pójście do szkoły – A teraz pokaż głowę.

Delikatnie odwinął bandaż i z zadowoleniem stwierdził, że rana się goi jak należy. Teraz pozostała mu już tylko jedna kwestia do wyjaśnienia.

- Kto ci to zrobił? – wskazał na jej prawą rękę, na której znajdował się siniak.

- Eee...zasłoniłam się, gdy padałam – odpowiedziała – A co z karą dla Kamila wymyśliłeś już?

- Babcia mnie wyręczyła. Ale nie mówmy już o tym. Zjedź coś. Na pewno jesteś głodna – mężczyzna podszedł do srebrnej tacy i zaczął robić dla niej kanapkę.

- Niespecjalnie.

- Musisz coś zjeść – nalegał Henry podając jej kanapkę z serem.

- Wiem, ale nie jestem głodna – powiedziała i zaczęła powoli przeżuwać pierwszy kęs.

- Ale się zasiedziałem. Jestem spóźniony. Wpadnę do ciebie później – poderwał się z łóżka i pośpiesznie wyszedł trzaskając drzwiami.

Blondynka odłożyła nadjedzoną kanapkę na tacę i wstała z łóżka. Ledwo przeszła kilka kroków, a poczuła znajome ukłucie bólu i zawroty głowy. Nie miała nic przeciwko swojemu „darowi”, tylko czemu musiał się tak nieprzyjemnie objawiać. Byłoby też miło, jakby umiała nad tym zapanować.

- Arthan jesteś tu? – zapytała przyciszonym głosem.

Nikt jej nie odpowiedział. Za to szumy ją otaczające przycichły. Czuła się obserwowana. Rozejrzała się po pomieszczeniu, jednak żadnej żywej istoty nie dostrzegła.

Podeszła do szafy, wyjęła z nich pierwsze lepsze ubrania i się przebrała. Gdy zapinała zamek bluzy, niespodziewanie przed jej oczami na cienkiej pajęczej nici spuściło się stworzonko, które wzywała.

Wytrzeszczyła na niego oczy i krzyknęła cicho.

- Jeśli to ty Arthan, to proszę cię byś mnie więcej tak nie straszył – odeszła od niego i usiadła na parapecie.

- Ja, a któż by inny – zapiszczał wesoło pajęczak. Jednak zaraz spoważniał – Słyszałem, że spotkałaś Strażnika – ostatnie słowo wymówił jakby z trwogą.

- Skąd to wiesz? – zdziwiła się.

- Całe zamczysko o tym huczy. Miałaś szczęście, że nic nie zdążył ci zrobić. Radzą ci na niego uważać. To najgorszy ze Strażników. Nie toleruje innych członków rodziny. Jest posłuszny jedynie Panu i Pani. Słyszałem, że nawet ONI ledwo wyszli z tego cało – coraz bardziej przyciszał głos.

- Jacy ONI? – zmarszczyła brwi.

Coś jej mówiło, że ONI byli kimś istotnym, jednak nikt nie chce jej uświadomić kim byli.

- Nie wiem. Powtarzam tylko to co słyszałem. Myślałem, że ty wiesz kim są. Radzę ci jednak uważać na tego Strażnika. Jest niebezpieczny. Po zmroku najbezpieczniej dla ciebie będzie, jeśli nie będziesz opuszczać tego pomieszczenia.

- Nie moja wina, że te zamczysko jest takie duże i tak łatwo się tu zgubić – prychnęła.

- Pytaj o drogę. Ktoś na pewno udzieli ci odpowiedzi – poradził pająk.

- Ciekawe tylko jak mam to zrobić?

- Tak samo jak teraz – stworzonko zaczęło się bujać na własnej nici.

Wendy mimowolnie się skrzywiła. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do towarzystwa sporych rozmiarów pająka.

- Trudność polega na tym, że ja tego nie kontroluje. To się samo dzieje – spuściła głowę i zaczęła intensywnie przyglądać się swoim butom.

- To przyjdzie z czasem. Nauczysz się w końcu tego. Musisz ćwiczyć.

- Łatwo ci mówić. Ty masz o wiele prostsze życie.

- Wcale nie. To, że jestem mniejszy wcale o tym nie świadczy. Nawet nie wiesz, jak dużo na co dzień czeka na mnie niebezpieczeństw. Żeby tego było mało mam nieznośne rodzeństwo. Codziennie muszę polować...

- Dobra sory, nie drążę tematu. Ustalmy, że jesteśmy mniej więcej w jednakowym położeniu, ok.?

- To rozumiem – zachichotał cieniutkim głosikiem.

- Czy mógłbyś mi opowiedzieć o pozostałych Strażnikach zamku?

- Niestety tych informacji udzielić ci nie mogę. Jestem jeszcze młody i nie doszły do mnie żadne słuchy o nich. Jednak dla ciebie postaram się zdobyć te informacje – przez chwilę Wendy miała wrażenie, że pająk do niej mrugną. Jednak uznała to za niedorzeczne.

- Dzięki – uśmiechnęła się do niego miło.

- Nie ma sprawy. Trzeba sobie pomagać – powiedział i podciągnął się na swojej nici pod sufit – Do zobaczenia – powiedział i zniknął.

Wendy jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywała się w miejsce gdzie był Arthan. Choć sam fakt, że był w miarę dużym, owłosionym, obrzydliwym pająkiem wciąż nieco ją odrażał, to czuła że to miłe stworzonko ją rozumie. Rozmawiała z nim lepiej niż z ludźmi. Mu mogła powiedzieć wszystko, nie martwiąc się, że wygada to komuś. Choć nieświadomie, powoli zaczęła go traktować jak przyjaciela. Pozostało jej jeszcze tylko przełamać wrodzony strach przed jego wyglądem.

Z zamyślenia wyrwał ją dziadek, który przyniósł jej obiad.

- Witaj Wendy – przywitał się, stawiając tacę na stole.

- Cześć dziadku – ziewnęła.

- Zmęczona?

- Nawet nie wiesz jak – przeciągnęła się na krześle, co wywołało nikły uśmiech na twarzy mężczyzny.

- Musimy coś uzgodnić, Wendy – spoważniał.

Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. Jeszcze nie wiedziała u niego takiej powagi.

- Czy chodzi o wczorajsze zdarzenie?

- Dokładnie. Nikomu o tym nie mówiłem i proszę cię byś też zachowała to dla siebie. Nie ma się czym chwalić, a wzbudziłoby to jedynie niepokój lub ciekawość ludzką.

- Nikomu nie mam zamiaru o tym mówić, bez obawy. Do tej pory trudno mi uwierzyć, że Tarangog niczym domowe zwierzątko chodzi sobie po zamku.

- No cóż, takie jest jego zadanie. Od wielu pokoleń strzeże tego zamczyska. W pewnym sensie jest za nie odpowiedzialny, jak pozostali Strażnicy.

- Rozumiem. Mógłbyś mi opowiedzieć coś o pozostałych Strażnikach? – spojrzała na niego wyczekująco, jednak tu spotkał ją zawód.

- Niestety, nie. Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Poza tym to nie temat na rozmowę.

- Ale ja muszę coś o nich wiedzieć. A co będzie jak przypadkiem ich spotkam?

- Nie spotkasz ich. Pamiętaj po dwudziestej pierwszej masz zakaz wychodzenia z pokoju. Są równie niebezpieczni jak Tarangog. Nie wiem, jak zareagują na twoją osobę i nie chce się dowiedzieć. Nie chce by coś ci się stało. Masz szczęście, że wczorajsza przygoda skończyła się dobrze.

- Dobrze, o nic już nie pytam. I w najbliższej przyszłości postaram się nie zabłądzić – powiedziała z udawaną skruchą. W rzeczywistości bardzo zaciekawił ją temat pozostałych Strażników. Nie wiedziała czemu, ale coś ją ciągnęło do nich. Chciała się dowiedzieć kim lub czym są. A może nawet z nimi porozmawiać. Jednak najpierw postanowiła opanować swój dar. Potem wyruszy na poszukiwania. Z niecierpliwością też czekała na wieści od Arthana.

Alucard odetchnął z ulgą, słysząc te słowa. Miał jednak dziwne przeczucie, że na tym się nie skończy. Była taka jak ONI. Ta sama ciekawość, te same zainteresowania. Nawet charaktery mieli podobne. Nie podobało mu się to. Bardzo mu się to nie podobało. Byli do siebie zbyt podobni. To nie mogło wróżyć nic dobrego.

Wyrocznia (00:56)

13 których uwierzyło, że magia istnieje


21 sierpnia 2006
23. Strażnik

- Co tu się dzieje! – krzyknęła widząc nad sobą dziadka – Co to było? – była przerażona. Bała się myśleć, co by się stało gdyby nie zwierzęta, które ją ostrzegły. Choć z początku nie chciała wierzyć w swój dar i wymyślała najróżniejsze wytłumaczenia, teraz błogosławiła swoje umiejętności.

- Co ty tu robisz? Czemu nie jesteś w łóżku? – mężczyzna przyklęknął przy wnuczce. Widział strach wymalowany na jej twarzy. Była bledsza niż na co dzień.

- Zabłądziłam...coś mnie goniło – wyszeptała bliska płaczu. Nie wspominała nic o głosach, które słyszała – Co to było?!

- Spokojnie Wendy, zaraz cię odprowadzę do twojego pokoju – starał się ją uspokoić.

Dziewczyna zmarszczyła groźnie brwi. Miała dość. Wiedziała, że coś przed nią ukrywano.

- Nie! Najpierw powiesz mi co to było!...dziadku! – strach powoli przeradzał się w złość. Czuła że jeśli nie usłyszy odpowiedzi przestanie panować nad sobą.

- Na wszystko przyjdzie czas – powiedział spokojnie, doskonale maskował swoje uczucia.

- Nie! Mam dość. Czemu wszyscy coś przede mną ukrywają! – krzyknęła.

Alucard w duchu przyznał jej rację. Jednak oni chcieli ją po prostu chronić. Chronić przed czymś co nieuniknione. Nie wiedzieli, że nie mają na to wpływu. To się już zaczęło.

- Nie wszystko jest takie proste... – nie dokończył spojrzał z troskliwie na dziewczynę – Wszystko w porządku?

Piętnastolatka ciężko oddychając zakryła dłonią oczy. Czuła, że za chwilę nie wytrzyma, a dziadek nie może widzieć jej oczu. Niech to pozostanie sekretem.

- Nic nie jest w porządku - powiedziała żałośnie – Nie mówicie mi wszystkiego, mało nie zżarł mnie jakiś stwór, głowa mnie boli i chce spać! – wyrzuciła z siebie.

- Dobrze.

- Słucham? – spojrzała na niego uspokajając się.

- Masz prawo wiedzieć, co strzeże tego zamku – podał jej rękę i pomógł wstać.

Otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Dziewczyna miała przed tym pewne opory w końcu jednak podążyła za jego przykładem. Kiedy stanęła koło mężczyzny zagwizdał przeciągle.

- Mogę już uciekać – spytała drżącym głosem, słysząc odgłosy kroków.

Alucard uśmiechnął się.

- Przy mnie nic ci nie zrobi.

- Nie jestem tego taka pewna. Wcześniej miał inne zamiary.

- Być może uznał cię za intruza. Już wiesz, czemu Marietta wprowadziła zakaz chodzenia po zamku. Szczególnie nocą jest tu niebezpiecznie...

Nagle zza rogu wyszedł...no właśnie...co? Wyszedł pająk. Jednak nie zwykły, mały pajączek. Ten miał trzy metry wysokości. Jego oczy błyszczały niebezpiecznie w półcieniu w którym się zatrzymał.

Blondynka jęknęła i schowała się za dziadka.

- To Tarangog, jeden ze strażników tego zamku – podszedł do olbrzyma i poklepał go po jednym z odnóży.

- Na czym go chowaliście? Na sterydach? – odeszła krok do tyłu – Swoją drogą nie chciałabym być na miejscu włamywacza.

- Nie bój się. Podejdź – zachęcał pan McGardness.

- Muszę?

- Będziesz miała pewność, że drugi raz cię nie zaatakuje. No podejdź.

Nieśmiało podeszła do Tarangoga. Z przerażeniem wymalowanym na twarzy spojrzała na jego owłosiony tułów. Po karku przeszedł jej dreszcz. Spotkanie z Arthanem była w stanie przeżyć, ale nie z tym potworem. Od zawsze czułą odrazę do pająków. W przypadku małego Arthana była w stanie się przełamać. Ale to było już ponad jej siły. Tym bardziej, że ten nie patrzał na nią przychylnie. W jego spojrzeniu widziała coś co napawało ją strachem. Czuła, że nie nawiąże z nim dobrego kontaktu i od tej pory będzie musiała się bardziej pilnować.

I miała rację. Intuicja jej nie myliła. Pająk śledził każdy jej ruch. Tylko obecność jego pana powstrzymywała go przed rzuceniem się na obcą. Nie ufał jej. Jego zwierzęcy instynkt kazał mu być czujnym. Nie widział jej tu wcześniej. Była dla niego intruzem.

- Śmiało Wendy, podejdź – zachęcał ją dziadek.

Spojrzała niepewnie na mężczyznę, jednak podeszła krok do przodu. Pająk poruszył się niespokojnie. To uświadomiło ją co miała zrobić. Cofnęła się kilka kroków do tyłu.

- Dziadku, mógłbyś mnie odprowadzić do pokoju? Źle się czuję.

Mężczyzna spojrzał troskliwie na wnuczkę. Domyślił się, że boi się strażnika zamczyska. W końcu nie było to zwykłe zwierzątko. Trzy metrowe stworzenie nie wyglądało bezpiecznie. Sam jego wygląd był odrażający. Wiedział, co czuła dziewczyna. Wychowana w idealnej harmonii i porządku, teraz musiała przeżywać szok. Doskonale pamięta jaka była ich reakcja, na pierwsze spotkanie ze strażnikami. Przed oczami stanęły mu obrazy, które miały miejsce przed laty. Oni nie mieli tyle szczęścia. Ledwo uszli z życiem. Po chwili jakby się otrząsnął.

Spojrzał na bladą dziewczynę. Podszedł do Tarangoga i szepnął do niego kilka słów.

Wendy nie mogła dosłyszeć ich sensu, jednak ucieszyła się, że stworzenie po chwili się oddaliło. Odetchnęła z ulgą gdy zniknęło jej z pola widzenia. Miała jednak nieodparte wrażenie, że wciąż ją obserwuje. I bynajmniej jej się to nie podobało. Dzisiejszy dzień był dla niej niczym sen. Gdyby nie ciągły ból i ciągły szum w głowie uznałaby, że śni.

Nie wie jak znalazła się w swojej komnacie. Ledwo kontaktowała. Była znużona dzisiejszym dniem. Dziwne rzeczy działy się wokół niej. Dla jej piętnastoletniej blond głowy to wszystko zdawało się być nieprawdopodobne. Ona zwykła dziewczyna z miasta, przeprowadza się do miasteczka, w którym panuje bezgraniczny ład i porządek. Do tego mieszka w zamczysku, którego strzegą jakieś monstrualne stworzenia. Myślała, że takie rzeczy są tylko w horrorach. A żeby tego jeszcze było mało coś dziwnego się z nią dzieje. Najpierw jej oczy zmieniły kolor. Potem pojawiły się w nich płomienne refleksy. Teraz wynika, że rozumie mowę zwierząt. Co jeszcze ją spotka?

Siedziała tak na łóżku i rozmyślała nad swoim życiem i zaistniałymi sytuacjami. Beznamiętnie wpatrywała się w jeden punkt. Nagle ją olśniło.

- Jastrząb! – szepnęła. To jego głos słyszała przed sklepem zoologicznym – To był on. Poderwała się z łóżka. Powoli wszystko zaczęło jej się układać w całość. Wszystkie głosy, szepty, zawroty i krótkotrwałe bóle głowy były powiązane z jej odmiennością.

Ziewnęła przeciągle i ułożyła się na miękkim posłaniu. Powieki same jej się zamykały. Była taka zmęczona.

- Fajnie będzie być inną – szepnęła półprzytomnie. Nie wiedziała jeszcze jakie będą tego konsekwencje. I jaka odpowiedzialność będzie na niej ciążyła.

Wyrocznia (15:24)
11 których uwierzyło, że magia istnieje

14 sierpnia 2006
22. Niebezpieczeństwo

JEŚLI CHCECIE BYM WPADAŁA NA WASZE BLOGI TO BARDZO WAS PROSZĘ BYŚCIE ZOSTAWIALI LINKI, ALE AKTYWNE. TAK JEST O WIELE SZYBCIEJ. ZAPOWIADAM, ŻE NOTKA JEST JAKA JEST. PONAD POŁOWA NIE MA NIC WSPÓLNEGO Z RESZTĄ. SZCZEGÓŁ.

Powoli zbliżała się pora kolacji. Wendy zastanawiała się, czy na nią iść, czy też poczekać, aż ktoś raczy przynieść jej posiłek. W zasadzie czuła się już normalnie. A przynajmniej tak jej się wydawało, gdyż ciągle tkwiła w łóżku. Ale do kolacji była jeszcze godzina. Więc miała czas na podjęcie decyzji. Wstała z łóżka i podeszła do regału z książkami. Idą zaczepiła się o przydługie nogawki i mało się nie wywaliła. Chwyciła swoją ulubioną i położyła ją na posłanie. Zdjęła spodnie, podeszła do szafy i ubrała coś jej bardziej odpowiedniego. Nie twierdziła, że spodnie chłopaka są złe, po prostu były jej za długie. Dużo za długie. Ze zdjęciem bluzy miała pewne opory. Nie chodziło tu, o to że nie dała rady jej zdjąć. Po prostu podświadomie nie chciała. Miała takie subtelny zapach. Przez chwilę stała i nieświadomie wąchała trzymany materiał. W końcu ją zdjęła. Musiała przyznać, że ten zapach ją uspakajał. Dziewczyna spojrzała na koszulkę, którą miała na sobie. Sięgała jej niemal kolan. Zarumieniła się, wspominając wczorajszy dzień. Zdjęła czarną koszulkę i ubrała swoją ulubioną ciemno zieloną.

Kiedy już się przebrała, starannie złożyła ubrania chłopaka i odłożyła je na krzesło. Postanowiła oddać mu w poniedziałek w szkole. W końcu nie wiedziała gdzie chłopak mieszka. A szukanie jego było bez sensu.

Rzuciła się na łóżko. Otworzyła książkę i zaczęła szukać miejsca na którym skończyła ostatnio. Po chwili pogrążyła się zupełnie w lekturze, wyobrażając sobie jak wyglądałyby smoki, gdyby istniały.

"W mitologiach smok jest przedstawiany jako zwierzę, rodzaj olbrzymiego, latającego gada. Smoki obdarzone były przewrotną inteligencją i według wielu mitów potrafiły posługiwać się mową oraz posiadały rozmaite skarby. Wyróżniamy kilka gatunków smoków. Za najpotężniejszego uważany był Smok Złotorogi. Był wielkości dwudziesstu metrów. Barwa jego łusek była miedziano -złota. Jak sama nrzwa wskazuje miał złote rogi, które wyrastały z jego skroni. Ponadto uzbrojony był w ostre pazury i długi kolczasty ogon. Jego skrzydła podczas lotu wydzielały złoty pył, który miał właściwości lecznicze. Podobnie jak łuski wszystkich smoków miał niezniszczalne. Jego jedynym słabym punktem były oczy, koloru płynnego złota. Był to jedyny przedstawiciel smokowatych, który władał magią. Nawet najbardziej doświadczony wybraniec, nie miał z nim szans. Kiedy chce potrafi być szybszy od wiatru. Smok Złoto5ogi nigdy nie atakuje bez powodu. Jedyną osobą, która przeżyła starcie z tym stworzeniem był nijaki Armand Grinwal – wybraniec o hipnotyzującym spojrzeniu. W wieku [...] – tu dziewczyna sobie odpuściła, nie interesował jej życiorys jakiegoś tam Armanda, lecz smoki, o których była mowa w tym podrozdziale – Jedynym smokiem, który przystosował się do życia w środowisku wodnym był Smok Błękitnooki. Jego ciało posiadało skrzela i opływowy kształt ciała, który umożliwiał na rozwijanie dużych prędkości pod powierzchnią wody. Między szponami miał błony. Jak sama nazwa wskazuje oczy miał koloru błękitnego, czasami także granatowego. Smoki te są spokojne i atakują jedynie w ostateczności. Na powierzchni przebywać mogą nie dłużej niż dzień. Ich ciało jest podatne na temperaturę i szybko traci wodę. Nie wiadomo czy Smoki Błękitnookie przeżyły, są to stworzenia skryte i bardzo nie wiele o nich wiemy. Smok Trawiasty jest jedynym przedstawicielem swojego gatunku, nie żywiącym się mięsem. Jego pożywienie stanowi trawa. Jest bardzo wybredny i nie je byle czego. Ma ciemno-zielone zabarwienie łusek. Wyróżnia się długą szyją. Jego skrzydła są wyjątkowo odporne na uszkodzenia. Błona jest niemal niezniszczalna. Jego zaletą jest pokojowe nastawienie do wszystkich żyjących stworzeń. Ostatnimi jednak czasu stają się coraz bardziej agresywne. Smok Trawiasty z pozoru bezbronny, dysponuje śmiertelną bronią. Zmuszony do ataku, zabija przeciwnika w kilka sekund. W jego kłach znajdują się gruczoły produkujące truciznę. Ukąszony nie ma szans na przeżycie. Smok Konwalijski jest najmniejszym przedstawicielem swojego gatunku. Jest o połowę mniejszy od przeciętnego smoka. Jego zaletą są jednak pneumatyczne kości. Dzięki swym rozmiarom potrafi rozwijać bardzo duże prędkości. Jego łuski mają barwę purpury, jednak w słońcu mają błękitny połysk. Dlatego często był mylony ze Smokiem Błękitnookim. Jego szponiaste pazury mogły rozciąć najtwardszy metal. Potrafi zionąć fioletowym ogniem. Ogień ten jest straszną bronią wobec przeciwników. Z początku parzący, stopniowo zmienia się w lód. Poważną wadą Smoka Konwalijskiego jest jego ... "– dalej Wendy nie doczytała zegarek w pokoju wybił siódmą.

Zatrzasnęła księgę. Odłożyła ją na swoje miejsce i wybiegła z pokoju. Kiedy zdyszana weszła do jadalni, wszyscy na spojrzeli na nią zdziwieni. Mimowolnie dziewczyna spojrzała na Kamila. Gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno pożegnałaby się z życiem. Kamil sztyletował ją spojrzeniem. Podobnie jak Milena.

- Wendy, co ty tu robisz? Nie powinnaś wstawać z łóżka. Nie mówiąc już o bieganiu – dziadek spojrzał troskliwie na wnuczkę.

- Byłam po prostu głodna – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

Od przedwczoraj nic nie jadła. Jeszcze trochę a padłaby z głodu. Jaki człowiek świadomie by się głodził. Ale normalny człowiek, jak jest głodny zajrzy do lodówki, w której zawsze coś sobie znajdzie. A ona nie wyjdzie w środku nocy z pokoju i jakby nigdy nic nie pójdzie do kuchni, bo prędzej zabłądzi niż trafi do niej. Tym bardziej w nocy. A to nie jej wina, że pora na posiłki jest nieodpowiednia i zawsze coś jej wypada. Jak nie zaśpi ,to ma karę. Jak nie kara to znowu co innego. Życie.

- Przyniósłbym ci coś, zaraz – ojciec zrobił zmartwioną minę – Wszystko w porządku?

- Muszę coś zjeść – spojrzała łakomie na stół.

Nałożyła sobie cztery naleśniki i zaczęła je pochłaniać. Dziadek uśmiechnął się zastanawiając się jak w tak mała osóbka może zmieścić w sobie tyle. Po skończonym posiłku wszyscy się rozeszli do swoich pokoi. Prawie wszyscy. Kiedy blondynka wychodziła z jadalni zatrzymał ją dziadek.

- Wendy, pomogłabyś mi posprzątać po kolacji? Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę, ale pomogła mężczyźnie. Poukładała puste talerze jeden na drugim i podniosła je z zamiarem zaniesienia do kuchni, jednak Alucard podszedł do niej i odebrał naczynia.

- Nie przemęczaj się. Usiądź i poczekaj na mnie – uniosła jedną brew i spojrzała dziwnie na dziadka. Najpierw miała mu pomóc. Teraz karze jej odpoczywać. Co jest grane?

- Przecież prosiłeś bym ci pomogła – spojrzała na niego wyczekując odpowiedzi.

- Chce z tobą po prostu porozmawiać – uśmiechnął się ciepło.

- Aha – usiadła na krześle i czekała aż mężczyzna skończy.

Oparła głowę na rękach i gapiła się tępo w okno. Z pozoru spokojna toczyła wewnętrzną walkę. Kamil, jego nowa banda, nowa klasa, Alex, David, Diana, Margareth – nie spodziewała się, że jej życie zmieni się tak diametralnie, po przyjeździe do Darkvill. Wiedziała, że się zmieni, ale nie aż tak. Zawsze chciała mieć przyjaciół. Tu poznała osoby godne zaufania. Powoli otworzyła się na nich. Była gotowa obdarzyć ich zaufaniem, jednak bała się. Bała się o nich. Nie chciała ich wciągać w wojnę między nią a Kamilem i jego bandą. To jej sprawa, tylko jej. Nie ma prawa mieszać ich w to. Już wiedziała na co stać brata. Wiedziała, że jest gotów na wszystko. Nie chciała, by komuś z czwórki przyjaciół stała się jakaś krzywda. A to oznaczało, że będzie nadal sama. Westchnęła i zrobiła zrezygnowaną minę. Jednak zaraz zmarszczyła brwi. Dawny zaciekły wyraz jej powrócił. „Przecież on do tego dąży. Chce bym była odludkiem” – pomyślała i mimowolnie się uśmiechnęła. Wiedziała, że będzie musiała nadal walczyć, a teraz także bronić osoby na których jej zależy. Kamil ją może prać, ale niech zostawi ich w spokoju. Przecież oni niczemu nie są winni. To o nią im chodzi.

- Będę walczyć – szepnęła. Była tak zamyślona, że nie zauważyła kiedy dziadek usiadł obok niej.

- Z kim będziesz walczyć, młoda damo? – blondynka tak się przestraszyła, że aż podskoczyła. W efekcie końcowym wylądowała na ziemi. Jedną ręką złapała się za głowę, drugą podparła. Zmarszczyła lekko brwi, głowa znów zaczęła ją boleć. Spojrzała na mężczyznę.

- Więcej mnie tak nie strasz, dziadku – wyszeptała.

- Nic ci nie jest? Przepraszam. Nie wiedziałem, że tak zareagujesz - z jego pomocą znalazła się na krześle.

- Nie ma za co przepraszać. Zamyśliłam się – przymknęła powieki.

- Nie będę cię dziś męczył rozmową. Jesteś jeszcze w nienajlepszej formie. Powinnaś odpoczywać – pan McGardness zrobił zmartwioną minę – Choć prowadzę cię do twojej komnaty.

- Spokojnie dziadku, zaraz mi przejdzie. O czym chciałeś rozmawiać? – powoli otworzyła oczy.

- Nie dziś, słoneczko. Musisz...

- Dziadku, przestań mnie traktować jak kalekę. Naprawdę zaraz mi przejdzie. O czym chciałeś porozmawiać? – powiedziała spokojnie. Chociaż zaczynało ją to już powoli żenować.

- O twoich stosunkach z Kamilem.

- To nie będzie miła rozmowa – stwierdziła piętnastolatka. Wszystko co było związane z Kamilem ją denerwowało, chociaż skutecznie to ukrywała. Innymi słowy – robiła dobrą minę do złej gry.

- Zapewne tak. I tak zaczęli rozmowę. Choć Wendy znała siedzącego przed nią mężczyznę zaledwie kilka dni, czułą że może mu zaufać i wszystko powiedzieć. Czuła do niego szacunek. Od kiedy go pierwszy raz ujrzała, wiedziała że będzie między nimi nić porozumienia. Tak też się stało. Blondynka stała się ulubienicą Alucarda. I choć tego tak nie okazywał kochał ją bardzo. Starał się dbać o nią. Nikt tak się nie martwił, kiedy nie wracała o wyznaczonej porze do domu. Kiedy zobaczył ją wczorajszego dnia, nieprzytomną w objęciach młodego Morlena, jego serce zamarło. Do tej pory aż trzęsie go na sam widok wnuka. Nie wiedział, jak rodzeństwo może aż do tego stopnia się nienawidzić. Rozmowa przedłużyła się do późnych godzin. I trwałaby zapewne jeszcze długo, gdyby nie Marietta, która weszła do jadalni.

- A to co? Zebranie kółka różańcowego? Wendy do łóżka, ale to już – powiedziała swoim zimnym tonem, jednak dziewczyna mogłaby przysiąc, że był łagodniejszy niż zazwyczaj – A z tobą Alucard muszę porozmawiać.

- Dobranoc – blondynce nie trzeba było dwa razy powtarzać. Pożegnała się i wyszła. Zegar na holu wybił północ. Wendy przeszły ciarki. Zamczysko po zmroku prezentowało się strasznie. Każda zbroja zdawała się ożywać. Obrazy zdawały się obserwować każdy jej ruch. Pochodnie nikle oświetlały szare mury. Każdy cień przyprawiał o szybsze bicie serca. Jej szybkie kroki odbijały się głuchym echem po korytarzu. Nagle przystanęła. Rozejrzała się dookoła. Nie pamiętała tego miejsca.

- Zabłądziłam. Ale jak, przecież szłam w dobrym kierunku – jęknęła.

Serce waliło jej tak, jakby chciało wyrwać się z jej piersi. Przygryzła wargę, zmarszczyła niepewnie brwi i wolnym krokiem ruszyła przed siebie. Co chwilę się zatrzymywała przyglądając się zbrojom i obrazom w nadziei, że to ta prowadząca do jej komnaty. Jednak za każdym razem spotykał ją zawód. Powoli zaczynała podupadać na duchu, że znajdzie swą komnatę, jednak wytrwale szła przed siebie. Po około godzinie bezowocnego szukania Wendy była zła. Bolała ją głowa, była zmęczona i zamiast smacznie sobie spać, błąka się po ogromnym zamku. Co chwila ziewała. Każdy kolejny krok był coraz wolniejszy. Dziewczyna już prawie spała. Ledwie łapała kontakt z rzeczywistością. Przystanęła i oparła się o ścianę, była skłonna się tu przespać i poczekać do rana, jednak coś jej to uniemożliwiło. Poczuła znajome uczucie bólu, które jak szybko się pojawiło tak zniknęło. Skrzywiła się lekko, senność momentalnie odeszła. Za to teraz słyszała tysiące cichutkich głosów. Przypomniała sobie, gdy pierwszy raz to przeżywała. Wtedy była przerażona. Bezradna. Nie wiedziała co ma robić. Jednak to zdarzenie upewniło ją w przekonaniu, że Arthan miał rację. Ona naprawdę posiadała dar rozumienia zwierząt.

Wstała i spojrzała na wysokie sklepienie. Głosy stawały się coraz bardziej wyraźne.

- Jak mam wrócić do mojego pokoju!!? – krzyknęła. Głosy ucichły. Przez chwilę panowała nieprzenikniona cisza. Kiedy blondynka, już chciała krzyknąć coś ostrzejszego, usłyszała ciche, pojedyncze, przestraszone głosy.

- Uciekaj o pani!

- On tu jest!

- Jesteś w niebezpieczeństwie – mówiły głosy.

- Kto tu jest? O co chodzi? – zdziwiła się uzyskaną odpowiedzią.

Rozejrzała się jednak, nikogo nie zauważyła. Poza nią na korytarzu nikogo nie było.

- Pani! Ratuj się! – nad jej głową zaczął krążyć nietoperz – Uciekaj, póki możesz!

Dziewczyna przyglądała mu się przez chwilę. Nie zdawała sobie sprawy w jak wielkim niebezpieczeństwie się znajduje...do czasu.

- Intruz! – usłyszała zachrypnięty głos.

Nietoperz krążący nad nią pisnął i odleciał.

Dziewczyna powoli się odwróciła. Na prostopadłej ścianie do początku korytarza zobaczyła cień. Nie obchodziło ją teraz czyj był to cień. Najważniejsza była dla niej teraz ucieczka. Zerwała się do biegu. Głosy które słyszała motywowały ją do dalszej ucieczki. Za sobą słyszała groźny klekot. Nie odwracała się, bała się tego co może tam zobaczyć. Za bezsens stwierdziła dalszą ucieczkę. Te coś było coraz bliżej. Nie ucieknie. Musi się gdzieś ukryć. W biegu próbowała otwierać kolejne drzwi, jednak wszystkie były zamknięte, a stworzenie było coraz bliżej, kiedy już traciła nadzieję, pchnięte drzwi ustąpiły. Dziewczyna wpadła co środka, zamykając za sobą drewniane wrota. Osunęła się na ziemię. Skronie pulsowały jej nieznośnie. Otarła słoną łzę i odetchnęła z ulgą. Zdziwiła się widząc nad sobą...

Wyrocznia (00:23)
10 których uwierzyło, że magia istnieje

07 sierpnia 2006
21. Gadający pająk

MACIE LUDZISKA SZCZĘŚCIE, ŻE MAM KILKA NOT NA KOMPIE, BO MI MOTYWACJI OSTATNIO BRAK DO PISANIA. A TERAZ JAK CO TYDZIEŃ ZAPRASZAM DO CZYTANIA...I KOMENTOWANIA

Wendy powoli zaczęła się budzić. W porównaniu do dnia wczorajszego, dziś czuła się już znośnie. Nawet głowa już jej nie bolała. Taką miała nadzieję. Kiedy przewróciła się na plecy, poczuła ostry ból głowy. Jednak ten jak szybko się pojawił, tak zniknął. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyła po otwarciu oczu, był pająk wielkości dziecięcej pięści wiszący centralnie nad jej głową. Wytrzeszczyła na niego oczy. Zrobiła przerażoną minę.

- Aaaaaaa...pająk! – wydarła się.

- Aaaaa...człowiek! – usłyszała cichy głosik.

- Ty gadasz!!!! – przyjrzała się uważniej stworzonku. Przeszedł ją dreszcz. Panicznie bała się wszystkich pajęczaków, a w tej chwili jeden z nich właśnie bezkarnie wisi nad jej głową i...MÓWIŁ! A żeby tego było mało był duży, czarny i owłosiony. A takich zwierzątek Wendy nie lubiła szczególnie.

- Ty mnie rozumiesz!!! – odpowiedział głosik.

Przymknęła powieki. Policzyła od jednego do dziesięciu.

- To tylko złudzenie. To przez to wczorajsze uderzenie. Spokojnie, pająki nie mówią... – miała nadzieję, że gdy otworzy oczy pająka nie będzie. A tu zonk.

- To ludzie nie gadają – niepewnie otworzyła oczy. Stworzonko zjechało na swej pajęczynie niżej. Teraz znajdował się niemal między jej oczami.

- Chyba mi odbija. Ja rozmawiam z owadem – powiedziała cicho. Starając się wbić w poduszkę jak najbardziej i oddalić od żyjątka.

- Tylko bez takich! Nie jestem owadem. Jestem Arthan.

- W takim razie, sorry Arthan ale mógłbyś się oddalić od mojej twarzy – zapytała nadal nie mogąc wyjść w podziwu, że rozmawia z pająkiem. Normalny człowiek zapewne zaliczyłby już wizytę w wariatkowie, ale nie nasza główna bohaterka, która dzielnie podtrzymywała konwersację, mimo obrzydzenia jakie nią targało.

- Nie ma sprawy – padła odpowiedź.

- D...dzięki – była tak skołowana, że tylko na tyle się zdobyła.

- Wiesz, jeszcze nigdy nie spotkałem człowieka, który nas rozumie – Arthan przełamał strach jaki czuł wobec ludzi i prowadzony wrodzoną ciekawością zaczął rozmawiać z blondynką.

- To raczej ty mnie rozumiesz. Ja nie posiadam takich zdolności – zaprzeczała.

- Ja nie znam ludzkiego, więc to na pewno ty – zaczął huśtać się na pajęczynie.

- Nie, to nie możliwe – piętnastolatka podciągnęła się na łokciach do pozycji siedzącej.

- Rozumiesz naszą mowę. Ale czad!

- Wcale nie jesteś taki straszny – stwierdziła opanowując drżenie rąk. Musiała przyznać, że zwierzątko było nawet całkiem sympatyczne, pomijając jego wygląd.

- Nawzajem – zachichotał pajęczak – A tak w ogóle to jak się nazywasz?

- Wendy.

- Chłopaki mi nie uwierzą jak im powiem – ekscytował się Arthan.

- W co ci nie uwierzą – zaciekawiła się. Strach miną. Obrzydzenie jednak nie do końca. Pozostała jedynie ciekawość.

- Że gadałem...hmmm...gadam z człowiekiem – poruszył zgrabnie odnóżami.

- Ja się raczej nikomu tym chwalić nie będę – uśmiechnęła się ironicznie.

- Dlaczego?

- Od razu zamknęliby mnie na oddziale zamkniętym. Dziękuje, za takie atrakcje – prychnęła.

- Gdzie by cię zamknęli? – zdziwił się Arthan – Zresztą nieważne. Wiesz co, polubiłem cię. Będę do ciebie wpadał częściej. A teraz zwijam się, pora zapolować. Ale czad kumple mi nie uwierzą – mówił znikając.

Dziewczyna już chciała coś powiedzieć, lecz w tym momencie drzwi się otworzyły i staną w nich Henry.

- Nareszcie się obudziłaś. Dochodzi już pora obiadowa – uśmiechnął się do córki, widząc jej zdziwioną minę – Wszystko w porządku? Wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła.

- Po prostu głowa mnie boli – skłamała. „Ciekawe jaką on by miał minę, gdyby spotkał gadającego pająka?” – pomyślała.

- Zaraz zobaczymy co ci wczoraj zrobił Kamil – powiedział spokojnie mężczyzna, uśmiech zniknął z jego twarzy. Oczy nieco pociemniały.

- Skąd wiesz, że to Kamil? – zdziwiła się.

- Chłopak, który cię wczoraj przyniósł, nam powiedział – usiadł na skraju łóżka i zaczął odwijać bandaż.

- Ahaa – powiedziała tylko. Była wdzięczna Alex’owi, że to powiedział. Mu przynajmniej uwierzyli. Jakby to ona powiedziała, nie uwierzyli by jej. Dodatkowo zarobiłaby jeszcze karę. A tak, to siedemnastolatek ma przechlap.

- Mogłabyś mi wytłumaczyć, co się wczoraj stało. Nie jestem pewien, czy tłumaczenia Kamila są wiarygodne – skrzywił się widząc ranę – Nie wiem czy nie zostanie ci blizna – zmarszczył brwi, zastanawiając się jaka kara dla chłopaka będzie najodpowiedniejsza.

- Aż tak źle? – spojrzała na niego krzywo.

- Gdyby była głębsza, byłoby trzeba zakładać szwy. Można powiedzieć, że miałaś szczęście. A teraz opowiadaj.

- A więc... – i zaczęła opowiadać wszystko. Od spóźnienia na lekcje do przebudzenia u bruneta. Pominęła moment, gdy chłopak ją przebierał. Nie wiedziała, że uczestniczył w tej akcji także David. Wciąż czuła się niezręcznie myśląc, że jakiś chłopak, którego praktycznie nie znała widział ją niemal nagą. W trakcie jej opowieści ojciec założył jej nowy opatrunek. Nie wiedziała czemu, ale ojciec wydawał jej się jakiś odmieniony. Wmówiła sobie, że to tylko wymysł jej wyobraźni i przestała zwracać na to większą uwagę.

Nie wiedziała, że jej mężczyzna boi się o swoją małą córeczkę. Wczoraj kiedy zobaczył ją bladą, nieprzytomną w ramionach nieznanego mu młodzieńca serce mu zamarło. Bał się, że straci ją. Tak jak stracił swoją pierwszą żonę. Dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, jak bardzo zależy mu na tej małolacie i jak ją traktował. Poczuł sam do siebie obrzydzenie, że mógł się tak zachowywać. A umierającej żonie przyrzekł, że będzie się zawsze opiekował ich małą Wendy. Czuł się podle. Chciał jej to wynagrodzić. Zrozumiał, jak był ślepy na postępki Kamila. Wstydził się za swojego syna. Kara mu się należała. Nie brał innej możliwości pod uwagę.

- Wiedziałem, że nie przepadacie za sobą, ale w tej chwili Kamil przesadził. Gdybyś uderzyła się w skroń, mogłabyś już nie żyć – zmarszczył groźnie brwi. Był wściekły na chłopaka. I on nazywał go synem.

- Twarda ze mnie sztuka – zażartowała dziewczyna.

Widziała minę ojca. Z jednej strony czuła satysfakcję, z drugiej poczucie winy. Kamil wreszcie pokazał swoje prawdziwe oblicze, jednak wyraz twarzy mężczyzny nie dawał jej spokoju. Nie lubiła gdy się smucił. Czasami miała go dość, jednak to jej ojciec, jak by nie było. Kochała go.

- Zauważyłem – uśmiechnął się lekko.

Spojrzał na jej ubranie. Nie przebierał jej wczoraj, nie chciał jej budzić. Uniósł jedną brew do góry – Wiedziałem, że lubisz luźniejszy styl, ale czy to już nie jest przesada – wskazał na jej ubrania i uśmiechnął się łobuzersko. Pierwszy raz widziała na jego twarzy taki uśmiech. Była taki...szczery.

- Eeee... – zatkało ją. Szczęka jej opadła. Spojrzała zdziwiona na ojca. W końcu się odezwała – To ubrania kolegi – podniosła prawą rękę do góry i pomachała nią. Widząc wesołe spojrzenie mężczyzny zaśmiała się.

- A twoje gdzie znikły?

- Prawdopodobnie zostały u kolegi – powiedziała starając sobie przypomnieć, czy chłopak przypadkiem nie wział jej odzieży gdy wychodził z zamku.

- Ahaa. To taka zamiana? – zachichotał pan McGardness.

- Niee. Po prostu moje były mokre, więc Alex użyczył mi swoich – zaśmiała się. Nie spodziewała się po ojcu takiego poczucia humoru. Zawsze poważny lekarz, jednak potrafił się śmiać.

- A więc twój wybawca ma na imię Alex?

- Tak. A dokładniej Alex Morlen.

- Morlen? Uczyłem się kiedyś z Johnem Morlenem – zamyślił się, przywołując na myśl stare czasu. Czasy w których potajemnie przyjaźnił się z młodym Morlenem. Spytacie czemu potajemnie. Od niepamiętnych czasów te dwa rody nienawidziły się i rywalizowały ze sobą. Nikt już nie pamięta o co poszło. Nienawiść jednak pozostała. Tak więc przyjaciele na co dzień odgrywali, że są wrogami. Nie raz imitowali bójki między sobą, by chronić swoją znajomość. Nikt oprócz nich i dwóch osób, nie znał ich prawdziwych stosunków do siebie. Prawdopodobnie, gdyby Marietta poznała godność młodego Morlena, nie potraktowałaby go z należnym jego rodzinie szacunkiem. Dla niej Morlenowie od zawsze byli wrogami. I tak być powinno.

- A tak , coś wspominał o tym – ojciec spojrzał na nią zaskoczony.

- Rozmawiałaś z Johnem?

- Tak, ale tylko chwilkę. On jest lekarzem. Chciał mnie zatrzymać u siebie na obserwację, ale się nie dałam – uśmiechnęła się tryumfalnie.

- A właśnie, jak się czujesz. Nie masz zawrotów ani bólów głowy? Wszystko w porządku? – spojrzał zatroskany na córkę.

- Nic mi nie będzie – nie lubiła gdy ojciec zanadto wczuwał się w rolę lekarza.

- Jakbyś się źle poczuła to mi powiedź. Nie ukrywaj tego przede mną.

- Dobrze tato. Nie martw się. Wszystko jest w porządku.

- To dobrze. A teraz wybacz, ale idę odbyć poważną rozmowę z Kamilem – zrobił poważną minę. Wstał i ruszył w kierunku drzwi. Już się wydawało, że zamknie za sobą drzwi, jednak uchylił je i spojrzał z uśmiechem na córkę.

- Czy dobrze rozumuje, twierdząc że Alex pomógł cię przebrać?

- Taatooo – zarumieniła się lekko. A już myślała, że uda jej się ominąć ten temat.

- A jednak, dobrze rozumuje.

- Jego siostra mi pomogła – wymyśliła na poczekaniu. Nie widziała w tym małym kłamstwie nic złego. Mężczyzna pokręcił głową z dezaprobatą i wyszedł. Wendy zaśmiała się perliście. Jeszcze nigdy nie rozmawiało jej się tak dobrze z ojcem. Chciałaby, by ta chwila trwała wiecznie. Przewidywała jednak, że kiedyś to się skończy. Bo wszystko co dobre, szybko się kończy. Takie jest życie.

Wyrocznia (10:49)
wyhiliiili : :

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930123

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

missiunia46 | aga-ta | morfina | moonka | bunia-1 | Mailing